Gdy teraz myślę, że przed premierą drugiego już dodatku do Grand Theft Auto IV liczyłem na grę gorszą od Lost & Damned, wiem jak bardzo się myliłem. Na Balladę o Geju Tonym nie czekałem jakoś wyjątkowo, a na pewno mniej niż na przygody Johnny’ego Klebitza. Po prostu nie sądziłem, że produkt utrzymany w dyskotekowym klimacie może być lepszy od historii gangu motocyklowego słuchającego metalu. Cóż, myliłem się – drugie DLC do GTAIV przykuło mnie do siebie o wiele bardziej niż Lost & Damned. Ba, jestem nawet skłonny przyznać, że wolałbym, by to przygody Niko Bellica zawarte były w dodatku, a Ballada (oczywiście po wydłużeniu i takim dobraniu fabuły, by wszystkie trzy wątki się dobrze splatały) była tą podstawową edycją dzieła Rockstar. Bez zbędnej gadaniny zapraszam już jednak do dalszej części recenzji. Tym razem gra opowiada o przygodach Luisa Lopeza, swoistego bodyguarda i prawą rękę Geja Tonny’ego, właściciela dwóch ekskluzywnych klubów w Liberty City. Latynos jest zdecydowanie najlepszym głównym bohaterem GTAIV – potrafi być wyluzowany, ale jeśli naprawdę się wkurzy, to pozwoli sobie nawet na przywalenie w twarz szefowi. Pozostałe postaci również spisują się najlepiej ze wszystkich jak dotąd spotkanych w Liberty City. Z pierwszego miejsca rankingu moich ulubionych bohaterów ostatniego dziecka Rockstar spadł Little Jackob, którego miejsce niezaprzeczalnie należy się Yusufowi Amirowi, bogatemu luzakowi, synowi poważnego ojca. Facet ma duże ambicje, bowiem chce on posiadać całe Liberty City. Tym samym buduje w mieście największy drapacz chmur, a i na piramidę znajdzie się miejsce. Wszystkie cut-scenki z jego udziałem są przezabawne, podobnie jak łatwa do zapamiętania, ulubiona piosenka Yusufa – „We’re Getting Arab Money”. Tego Araba nie da się nie polubić! Zresztą nie jest on jedyną ciekawą postacią w TBoGT. Tutaj właściwie każdy jest cholernie zabawny, a najbardziej po Yusufie wyróżnia się brat Bruci’ego Kibbutza, znanego z podstawki. Starszy o kilka lat Mori uwielbia wyżywać się nad swoim młodszym podopiecznym, którego wciąż wyzywa od „słabeuszy”, czy nawet „gejów”. Świetnie sprawdza się także chociażby Ray Bulgarin, czyli kolejny bohater znany nam z przygód Niko. Tym razem gra on bardzo dużą rolę w fabule, jednak jest to zbyt duży spoiler, by zdradzać dokładnie jego zamiary wobec Luisa. Rodislav (bo tak brzmi prawdziwe imię rosyjskiego bossa) jest ogromnym fanem mocnych brzmień, co okazuje swoim małym studiem nagraniowym. Świetne połączenie złowrogości i humoru – tak właśnie można podkreślić postać Raya. Ogromnym atutem Ballady są także misje. Tym razem są one bardzo filmowe i stawiają na to co chyba w szczególności w serii Grand Theft Auto lubią jej fani, czyli rozwałkę. Mamy tu chociażby niszczenie ogromnego statku przy użyciu skradzionego przed chwilą z jego pokładu helikoptera, obijanie niszczącego naszą karierę blogera kilkaset stóp nad ziemią, czy ekstremalne zawody, w których pościgamy się przy użyciu spadochronów, motorówek i wreszcie wyjątkowo szybkich samochodów z nitro. Oprócz poznawania fabularnych przygód Luisa, możemy również wziąć udział w kilku rodzajach misji pobocznych. Można poskakać na spadochronie, powalczyć w bitwach o narkotyki, czy wziąć udział w turnieju walk w klatkach. Kilka atrakcji czeka na nas również w barach Tony’ego - oprócz pilnowania porządku możemy także chociażby spróbować swych sił w piciu szampana na czas, czy potańczyć na parkiecie w rytm dyskotekowej muzyki. A skoro już jesteśmy przy muzyce, to warto trochę bardziej rozpisać się na temat oprawy audio (grafika się nie zmieniła w stosunku do oryginału, więc o niej nie będziemy tu mówić). Ballada zawiera naprawdę solidny soundtrack, oczywiście z utworami elektronicznymi na czele, jak słynne Pjanoo Erica Prydza. Jest oczywiście także uwielbiane przez masę osób radio prosto z GTA: Vice City… dostępne jednak jedynie w zestawie Episodes of Liberty City. Dlaczego Rockstar tak postąpiło? Można się domyślać, że chciało przyciągnąć do kupna płyty nawet posiadaczy pierwszego dodatku, którym bardzo zależało na wspomnianej radiostacji. Szkoda. Podsumowując, drugi (i zapewne ostatni, biorąc pod uwagę pojawiające się już zapowiedzi piątej odsłony Grand Theft Auto) dodatek do ostatniego dzieła Rockstar jest zdecydowanie warty zakupu. Żadne inne DLC nie zapewnia takiego funu przez nawet 20 godzin. W moim prywatnym rankingu pobił on Lost & Damned, którego klimaty były mi przecież bliższe. Jeśli jednak nie posiadacie jeszcze żadnego z dodatków bierzcie koniecznie zestaw Episodes of Liberty City, który nie dość, że jest tańszy, to dodatkowo posiada radiostację z Vice City.
|
niedziela, 21 marca 2010
Grand Theft Auto IV: The Ballad of Gay Tony - Recenzja
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz